
Byliście na Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie? Chwilę po tym jak korowód uczestników ruszył ulicami miasta na scenie stanęła grupa polityków (lokalnych i nie-lokalnych) i rozpoczęły się nudne i długie przemówienia. W tej gromadce najbardziej wyróżniał się wicemarszałek Witold Jabłoński ubrany w strój wczesnośredniowiecznych Słowian. Podziękował Stowarzyszeniu Słowian i Wikingów za pracę, którą od lat wkładają w organizację festiwalu - szczególnie Wojciechowi Celińskiemu i Tomaszowi Wojtczakowi. To były przemyślane słowa. Nikt z przedstawicieli gminy nie wspomniał o stowarzyszeniu. Dlaczego? Chodzi o konflikt, który ostatnimi czasy chyba coraz bardziej przybiera na sile. Ten konflikt trwa na linii stowarzyszenie - burmistrz - radni.
Jedziemy dalej. Ptaszki ćwierkają, że burmistrz Wolina nie za bardzo kwapił się, żeby pokazać ministrowi Bogdanowi Zdrojewskiemu skansen, który - przy dużym wsparciu marszałka - udaje się stowarzyszeniu rozbudowywać i który jest największą bodaj atrakcją w gminie; w którym odbywały się największe wydarzenia festiwalu, m.in. widowiskowe bitwy, czy inscenizacje. Wolał mu pokazać muzeum. Ale - oczywiście - W. Jabłoński wyjaśnił ministrowi o co chodzi i minister jednak skansen obejrzał…
Pomijając samo rozpoczęcie festiwalu w skansenie widywałem (i to każdego dnia) wicemarszałka/wczesnośredniowiecznego Słowianina W. Jabłońskiego, a burmistrza i radnych - w ogóle. Oczywiście, mógł być to tylko przypadek…
Kolejna sprawa - chyba najsmutniejsza. Jedna z przedstawicielek placówki podlegającej pod burmistrza zakazuje dziennikarzom rozmawiać z Wojciechem Celińskim, gdy piszą o festiwalu. Uzasadnienie: „To nie stowarzyszenie organizuje festiwal, ale MY. Pan Celiński uprawia swoją własną politykę”. Nie chciałem o tym pisać, ale okazuje się, że już chyba wszyscy w Wolinie o tym wiedzą. Ciekawe skąd…
Jest pewien pozytywny aspekt konfliktu pomiędzy stowarzyszeniem, a włodarzami miejskimi. Przynajmniej dla mnie. Nie przepadam za politykami. Większość (większość - nie wszyscy) to fałszywi ludzie. Potrafią każde wydarzenie kulturalne, czy rozrywkowe zmienić w swoją kampanię wyborczą lub też imprezę dla przydupasów. Więc może dobrze, że nie musiałem oglądać ich w skansenie. Gorzej jednak - że to oni decydują, ile pieniędzy przeznaczyć na festiwal, kto jest organizatorem, a kto nie, kto może stanąć na scenie, a kto tylko popatrzeć z dołu. Mało tego - wykorzystując swoją funkcję - mogą próbować zastraszyć. Jeden z radnych chciał wezwać W. Celińskiego na sesję, bo ten śmiał (o niedobry!) coś złego powiedzieć na temat rajcy.
Fajnie, że wicemarszałek wspiera stowarzyszenie i widzi w skansenie na wyspie Ostrów perspektywę dobrej reklamy dla całego województwa. W pełni się z nim zgadzam. Sam - uwielbiam to miejsce. Z wrodzonej nieufności wobec polityków zastanawiam się jednak, czy marszałek po prostu ma głowę na karku, a jego pomoc jest bezinteresowna, czy jest to część jakiejś gry.
Edycja postu po iluś tam dniach.Druga wersja wydarzeń:
Okazało się, że mój blog odwiedzają nie tylko znajomi, ale także pracownicy wolińskiego magistratu i jednostek podległych burmistrzowi. Jedna z tych osób (to osoba publiczna, ale z dobroci serca - zgodnie z prośbą - nie publikuję nazwiska) ma całkiem inną wersję wydarzeń przedstawionych przeze mnie powyżej. Postaram się ją pokrótce przedstawić: otóż wiele informacji zawartych we wpisie powyżej to wg niej (tej osoby) bzdury. Otóż burmistrz nie miał czasu, żeby być częściej w skansenie, bo jako organizator zajmował się szeregiem innych spraw związanych z festiwalem. Zdaniem tego anonimowego pracownika nie było też tak, że minister był odciągany od skansenu w stronę muzeum. Dowodem ma być plan pobytu ministra w Wolinie, w którym jednym z punktów są odwiedziny skansenu. Co do stowarzyszenia to - zdaniem tej osoby z placówki podległej burmistrzowi - nie jest ono wcale takie bez winy w całym konflikcie, a wręcz przeciwnie - to ono jest złe, jego członkowie są wyniośli, mają wobec gminy postawę roszczeniową, itd.
Pytanie: Wierzę stowarzyszeniu, czy osobie podległej burmistrzowi? Nie wiem, komu wierzyć. „Wikingów” po prostu lubię.